Apple AirTag

Pod koniec kwietnia, Apple na swojej wiosennej konferencji zaprezentowało wyczekiwany od dawna lokalizator Bluetooth. Pierwsza myśl, jaka mnie nachodzi o Apple AirTag to: „Urządzenie wydaje się przydatne, ale tak naprawdę nie zdarza mi się gubić różnych rzeczy…”. Po co więc miałbym go kupić, skoro w moim przypadku raczej się nie sprawdzi?

Po krótkiej chwili namysłu… – Czy aby na pewno? Żyjemy w dziwnych czasach mniejszego lub większego lockdownu. Od ponad roku przesiadujemy w domach i mieszkaniach, wielu z nas przestawiło się na pracę zdalną. Nagle może się okazać, że po powrocie do normalności nasz dobry nawyk niezostawiania przynależności w różnych miejscach zostanie w brutalny sposób zweryfikowany.

Wielce prawdopodobne, że Apple właśnie wypuszcza produkt, jakże genialny w swojej prostocie działania i jakże potrzebny, właśnie w tym dziwnym okresie.

Połączenie się z AirTag

Apple przyzwyczaiło nas do prostoty obsługi swoich urządzeń. Nie inaczej jest w przypadku AirTag. Konfiguracja jest dziecinnie prosta. Rozpakowujemy tracker, usuwamy opakowanie, gadżet wyda z siebie dyskretny dźwięk informując nas, że jest gotowy do parowania. Przytrzymujemy go przy naszym iPhone’ie i w ułamku sekundy pojawia się na wyświetlaczu informacja z prośbą o połączenie z AirTag. Nadajemy mu nazwę (na przykład nazwę przedmiotu, z którym będzie nam się kojarzył). Przypisujemy go do naszego Apple ID, po czym od razu możemy przejść do aplikacji Lokalizator, w której pojawi się nasz nowy gadżet.

Oczywiście musimy mieć również zainstalowaną najnowszą wersję systemu (iOS 14.5).

Jak to działa?

AirTag pozwala namierzyć nasze rzeczy w różne sposoby. Jeśli poszukiwany przedmiot znajduje się na przykład w naszym mieszkaniu, możemy po angielsku poprosić Siri, aby nam go wskazała.

Jeśli przedmiot jest w zasięgu Bluetooth, lokalizator rozpocznie emitowanie dźwięku. Jeśli nie chcemy korzystać z Siri, w aplikacji Lokalizator możemy ręcznie odtworzyć dźwięk. Aplikacja dosłownie poprowadzi nas do wyznaczonej rzeczy wyświetlając konkretne wskazówki takie jak strzałka z kierunkiem w jakim powinniśmy się udać i pozostałe do przebycia kroki, a gdy znajdziemy się już w obrębie pożądanej rzeczy, ekran rozświetli się na zielono, a smartfon zawibruje.

Lokalizator wyposażony jest w autorski chip o nazwie Apple U1, który w połączeniu z funkcją Znajdowanie dokładne (iPhone 11 i nowsze) umożliwia śledzenie naszych przynależności z jeszcze większą dokładnością. Zastosowano tutaj technologię nazywaną przez Apple jako Ultra Wideband (UW). Sposób jej działania jest bardzo zbliżony do działania Bluetooth. UW również jest protokołem komunikacyjnym krótkiego zasięgu, jednak działa on z wykorzystaniem o wiele szerszego zakresu częstotliwości.

Nowy gadżet działa świetnie. A teraz poruszę temat, który jest mniej przyjemny od opisu działania, czy zastosowanych technologii.

Idealny gadżet… Co z naszą prywatnością?

Nie mam wątpliwości, że Apple wypuszczając idealne narzędzie śledzące, skrupulatnie przemyślało aspekty prywatności jego posiadaczy. AirTag posiada zaimplementowane funkcje zapobiegające niechcianemu śledzeniu. Tylko czy są one wystarczająco skuteczne?

Wyobraźmy sobie sytuację, że osoba o złych zamiarach umieszcza lokalizator na dowolnej rzeczy należącej do nas. Co wtedy? Jak się okazuje, AirTag wyśle alert do naszego iPhone’a z informacją, że się znajduje w pobliżu nas.

A co z posiadaczami smartfonów z Androidem? – Będzie wydawać z siebie dźwięk.

Inne tego typu trackery nie oferują powyższych funkcji, co zdecydowanie podnosi atrakcyjność produktu od Apple. Tyle w teorii.

Teraz test praktyczny (dotyczy posiadaczy iPhone’ów). AirTag umieszczony pod siedzeniem samochodu X, kierowca wyrusza na krótką przejażdżkę. Brak alertu, powód: nie zaktualizowany system do wersji iOS 14.5. Tutaj warto zaznaczyć, że będzie całe mnóstwo użytkowników, którzy nie będą mieć zainstalowanego najnowszego systemu.

Próba numer 2 – system otrzymał najnowszy update, nadal brak alertu. Ja tymczasem śmiało przeglądam przebytą trasę. Dlaczego kierowca nie otrzymał żadnego powiadomienia? Nie wiadomo. Apple nie określiło się, w którym momencie gadżet wyśle alert. Być może po opuszczeniu swojego miasta rodzinnego, lub po przebyciu dłuższej trasy.

Mimo wszystko “ficzer” jest, ale nie działa tak, jak działać powinien.

W przypadku posiadaczy sprzętu z Androidem jest jeszcze gorzej. Nie wdając się w szczegóły typu gdzie i jak, tracker wydał z siebie dźwięk po niespełna trzech dniach od momentu, kiedy mnie opuścił w celu odbycia złowieszczej misji.

Podsumowując mój wywód, gadżet jest bardzo przydatny, ale jednocześnie stanowi idealne narzędzie dla osób, które będą chciały go wykorzystać do swoich niecnych działań. Być może trochę wyolbrzymiłem kwestię używania go do masowego śledzenia ludzi lub rzeczy w różnych celach, ale i tak uważam, że jest to zagadnienie, nad którym warto się choć trochę zastanowić.

Sprawdź również:

Kategorie: Tech News